Wydawano wówczas za mąż bardzo nieletnie dziewczęta, które dzięki temu przechodziły ekspresowy lub wprost gwałtowny kurs obowiązku, więc wkrótce po ślubie umiały wymawiać słowa „mój mąż” z takim samym nienagannym akcentem, z jakim Arab wymawia słowo „Żyd”, skinhead słowo „punk”, a pacyfistka słowo „żołdacy”, i jednocześnie marzyły o kochankach, czyli o sympatycznych facetach.
Rzucić wszystkich na kolana miało skończone dzieło, więc kazał zbić z desek zasłonę i nie zezwalał nikomu śledzić kolejnych etapów pracy.
Widzicie ten ból, ten głód bliski łez w jego spojrzeniu na starca? Czy to znowu „syndrom dziecka złe kochanego”, jak u Mantegni ten ocean niemej prośby o czułość? Stary człowiek, któremu codziennie furkot wypadających włosów przypomina, że śmietnik życia jest już w większym stopniu za nim aniżeli przed nim, widzi tę niemą prośbę, więc emanuje zdwojoną czułość.