Publicystyką polityczną, godzącą w mafie prostytuujące państwo, kręciłem pętlę na własną szyję, więc nie byłem zbulwersowany dymisją, jakiej mi udzielono. Określanie tej światłości, czułości, wrażliwości mianem „mdłej słodyczy” to pisanie bzdur, to szkalowanie stylu błogosławionego mnicha, stylu nie zniewieściałego, lecz męskiego, mocnego, gdyż nie jest on nigdy przerafinowany, nigdy nie jest gadatliwy, zawsze imponuje rzadką jednością stylistyczną. Coś z tego wrażenia: swobodny, figlarny duszek, raptownie przestraszony i uwięziony w kuli ze szkła na wieczność.