Figury Witza, prawie zawsze wyizolowane przestrzennie, emanujące siłę skondensowaną, lub raczej lapidarną, nie mają wiele indywidualizmu, lecz symptomy dążenia ku temu już widać. Ta zmysłowa, dekoracyjna, niemacierzyńska (zimna, oschła wobec Dzieciątka) kobieta to Madonna? Ta wyzywająca kurtyzana w królewskim płaszczu gronostajowym, z królewską koroną nad modnie (wysoko) podgolonym czołem, z uwodzicielsko rozpiętym stanikiem, z wyszminkowanymi wargami i z gołą piersią brawurowo wypiętą jak wahadłowiec kosmiczny gotowy do startu to Matka Boża? Wolne żarty! Nie przypomina ona niczym idealizowanych, słodkich, czułych wobec Jezuska włoskich Madonn, ani tym bardziej realistycznych, siermiężnych, „chłopskich” Madonn Flamandów.