Obarczono tym zadaniem pechowca nim wyszedł z łona rodziców.
Nikt wtedy tak cudownie nie przedstawiał „świata widzialnego”, nikt tak rewelacyjnie nie bawił się światłem (światłem wchłanianym i odbijanym, a padającym z różnych źródeł), nikt tak odważnie nie piętrzył przed sobą trudności w ujmowaniu tematów i nie rozwiązywał ich tak odkrywczo, niczyje malowidła z owego czasu nie zmuszają tak mocno do kontemplacji i zadumy, co obrazy van Eycka, i nie potrącają równie lirycznych strun, w żadnych innych obrazach warsztat, idea i poezja nie stają się jednością, której nie można już rozdzielić (środek przekazu staje się przekazem).
W tym świecie nie było miejsca na czułość, bo Mantegni nie interesowała dobroć interesowały go: wielkość i wyniosłość, czyli majestat.