Modlę się u stóp takich obrazów, jak u stóp ikon, błagając Stworzyciela: I wódź mnie na pokuszenie malowidłem aż do kresu dni moich! Cezanne rzekł: „Aby kochać jakiś obraz, należy pić z niego”.
Odwrotnie pokaże przechył wagi uczeń (?) van der Weydena, Memling, malując swoją wersję „Sądu Ostatecznego”, co w moim przekonaniu stanowi jeden z argumentów proMemlingowskich we wciąż nie wygaszonym do końca sporze: czy perła zbiorów gdańskiego muzeum jest dziełem Memlinga (tak uważa dzisiaj większość badaczy), czy też innego ucznia van der Weydena, czy samego van der Weydena? Jeśli ucznia, to znaczy, że uczeń spastiszował mistrza wręcz plagiatowo, ale od czasów starożytnych cała ludzka twórczość płynie na fali plagiatu, każdy zrzyna z każdego, Szekspir nieomal żywcem przepisuje całe akty Bacona i Marlowe’a, Manet replikuje ujęcia i pomysły Giorgione’a, Tycjana oraz Goyi nie ma takiego wśród wielkich twórców, który nigdy przynajmniej pastiszem nie zaczerpnął ze studni wcześniejszych dokonań.
Pobyt van der Weydena w Ferrarze (1449–50) spowodował ten sam zachwyt ferraryjskich artystów niderlandzką sztuką, co we Florencji tryptyk van der Goesa*.