Niczym alchemik–szaleniec, który pośród ścian swej pracowni maniakalnie szuka sposobu transmutacji nędznych metali w złoto Uccello szukał zagadnień iluzyjności sztuki.
Ta zmysłowa, dekoracyjna, niemacierzyńska (zimna, oschła wobec Dzieciątka) kobieta to Madonna? Ta wyzywająca kurtyzana w królewskim płaszczu gronostajowym, z królewską koroną nad modnie (wysoko) podgolonym czołem, z uwodzicielsko rozpiętym stanikiem, z wyszminkowanymi wargami i z gołą piersią brawurowo wypiętą jak wahadłowiec kosmiczny gotowy do startu to Matka Boża? Wolne żarty! Nie przypomina ona niczym idealizowanych, słodkich, czułych wobec Jezuska włoskich Madonn, ani tym bardziej realistycznych, siermiężnych, „chłopskich” Madonn Flamandów.
A ów temat, wyobrażony przez geniusz, każe wiecznie pamiętać najstraszliwsze miejsce na Ziemi Dom Dziecka Niechcianego gdzie, kiedy wchodzisz tam, w łóżeczkach podrywa się kilkanaście maleńkich żyjątek o głowach wielkich jak globus i o oczach wielkich jak milczące morze cierpienia jednoroczne, dwuletnie, czteroletnie.