Wyraziłem, po tylu krytycznych dywagacjach, po tylu dąsach, opinię bliską jękom hagiografów współczesnych Giottowi.
Generalna odpowiedź brzmi: Renesans kiełkuje wówczas, gdy „naturalizm” zaczął wypierać „prymitywizm” i katechetyczny symbolizm form, zgodnie z XIV–wieczną dewizą Cennino Cenniniego w jego rozprawie o malarstwie: „Najdoskonalszym przewodnikiem i najlepszym drogowskazem jest triumfalna brama malowania wedle natury”.
Powie ktoś: Masaccio również oparł się na rzeźbie Donatella bądź płaskorzeźbie Jacopa delia Quercia, a nie na malarstwie, które było tuż przed nim! Tak, lecz Masaccio miał za plecami Giotta i sieneńskie chwyty protorenesansowe, tymczasem za plecami wielkich Flamandów widzimy jedynie gotycki pędzel Broederlama, notabene nieomal współczesnego Campinowi, a co było przed Broederlamem? XVI–wieczne obrazoburstwo Reformacji, które eksterminowało tysiące północnoeuropejskich malowideł, nie wyjaśnia przekonująco wspomnianego sekretu.