W roku 1995 uważana za najstarszą z żyjących 121–letnia Francuzka Jeanne Calment, która osobiście znała van Gogha, pytana, jaki był, mruknęła: „Był brzydki jak grzech, miał fatalne maniery i śmierdział gorzałką”.
Żaden Włoch nie ośmieliłby się wówczas namalować monarchy jako płaczliwego, zmęczonego człeka o kinolu zamiast nosa i o bezmyślnym, skapcaniałym wzroku, tak bardzo karykaturalnie, a tak mało idealizująco i bez odrobiny patosu (niczym szyderstwo brzmi tu napis u góry i u dołu ramy: „Niezwyciężony król Francji Karol VII”).
Główny to mistyczna, wściekła wprost ekstatyczność, silna dawka gotyckiej furii, czyli „gotycki Ekspresjonizm” (charakterystyczny zwłaszcza dla sztuki niemieckiej), pełen wewnętrznych niepokojów, podnieceń i napięć promieniujących zewsząd, z twarzy, z gestów, z szat, z pejzażu i z całej cierpiętniczej atmosfery scen, gdyż ból jest pierwszym i właściwie jedynym tematem każdego malowidła.